Służba zdrowia to odwieczny temat niezliczonych debat politycznych i napięć społecznych. Szpitale są zadłużone, pielęgniarki strajkują, pacjenci narzekają na kolejki, a ministerstwo zdrowia obiecuje poprawę sytuacji. Tymczasem problem dla wielu ludzi jest oczywisty, choć jego rozwiązanie nie jest możliwe w panujących warunkach. To z jednej strony kwestia polityczna, a z drugiej obawy znacznej części społeczeństwa.

Wystarczy przecież spojrzeć na apteki lub sklep medyczny. Są one na szczęście prywatne i funkcjonują prawidłowo. Ich działalność nie różni się od sprzedaży warzyw albo trzepaczek do dywanów. Po prostu maksymalizują zyski, a mimo to ceny i jakość oferowanych produktów się poprawiają. Śmiem twierdzić, że gdyby znacjonalizowano apteki to efekt byłby tragiczny: brakowałoby lekarstw, odżyłyby PRL-owskie kolejki, a jednocześnie istniałyby obawy czy przypadkiem ktoś nie zamierza przygotować zamachu na społeczną własność owych aptek. Sklepy medyczne rzecz jasna również świeciłyby pustkami, co na pewno nie leżałoby w interesie konsumentów.

Inny przykład to weterynaria. Jest ona w Trzeciej Rzeczypospolitej całkowicie prywatna i o dziwo funkcjonuje jak każdy zdrowy dział gospodarki. Nikt też nie zaobserwował psa albo kota wręczającego weterynarzowi kopertę z tak zwaną korzyścią majątkową. Mimo to lud twierdzi, że człowiek to nie zwierzę, a prawa rynku nie sprawdziłyby się w przypadku leczenia ludzi. Ta sama osoba potrafi jednak korzystać z usług sklepu medycznego albo apteki lub nawet prywatnego lekarza. Tak więc to delikatny temat i pewnie już tak zostanie.